strona główna

„Rzeczpospolita”, 4 kwietnia 2001

„Rzecz o Książkach”

 

e-literatura w stylu techno

Andrzej Jarczewski

 

U początków była poezja. Wiersze w sieci pojawiły się już w epoce internetu łupanego, gdy tylko pierwszy homo netiens posiadł był szlachetną umiejętność fabry­kowania prywatnych stron www. Do komputerów zasiedli poeci, którzy z różnych po­wo­dów nie mogli liczyć na druk swoich płodów. Wiedzieli, że internet pomieści wszyst­ko. I mieli rację! Sprawdźmy teraz, co z innymi gatunkami literackimi porobili spece od mul­ti­mediów.

Zaczynam od łatwo w sieci dostępnego, promowanego przez onet.pl „Świata na krawędzi”. Jest to wywiad-rzeka, przeprowa­dzony ze Stanisławem Lemem przez Tomasza Fiałkowskiego. Udostępnione fragmenty „Świata na krawędzi” czyta się do­brze dzięki MS Readerowi. To jest taki program, który umożliwia „odwracanie kartek” książki na ekranie. Wygoda niezwykła dla każdego, kto zmagał się z dłuższymi teks­tami zapi­sy­wa­nymi w formacie .PDF. Ale są też i wady, zapewne do usu­nięcia. Otóż stronice książek nie są porządnie justowane, przenoszenie wyrazów nie istnieje, wyrazy jednoliterowe na końcach poszarpanych wierszy stają się normą a i gdzie­niegdzie zdarzy się znak zapytania zamiast polskiej litery. Ciekawe, że te błę­dy nie wy­stę­pują zupełnie w wy­da­niu papierowym książki. Tak jakby do internetu wsta­wiono szczotkę jeszcze przed korektą.

W istocie – coraz częściej obserwujemy zjawisko rekognizo­wania, czyli „przepi­sy­wania” dzieł za pomocą skanera i programu OCR do optycznego rozpoznawania zna­ków (np. Recognita). W tej metodzie nie trzeba wstukiwać literki po literce. Skaner łyka od razu całą stronę, a OCR pozwala odtworzyć ją na ekranie z dokład­nością przekraczającą 99%. Wierność niby duża, ale nie w tej branży. Dzieło dobrze wydane nie ma ani jednego błędu na setkach stron(!) tekstu. Polscy edytorzy w latach szacunku dla papieru doprowadzili jakość tekstów do najwyższej doskonałości. Dziś ta sztuka upada: pani Iwonka (po maturze) skanuje książkę strona po stronie, a pan Mareczek (student informatyki) zapełnia ekran odpowiednią liczbą wierszy i już. Przy lek­turze licznych pozycji odnoszę wrażenie, że po pracy pana Mareczka nikt już nie robił żadnej korekty. Parę takich przykładów za chwilę wskażę.

Wchodzimy na stronę www.literatura.net.pl. Jest to port wydawniczy, który wy­star­tował 7 grudnia 2000 i chwali się, że codziennie rekognizuje 5 tytułów książkowych. W chwili, gdy piszę te słowa literatura.net.pl oferuje wirtualną sprzedaż ponad 700 książek. Wystarczy zapłacić 40 złotych za złoty abonament i już można ściągać na swój twardy dysk każdą oferowaną książkę. Literatura.net.pl oferuje 40 pozycji za darmo. Natychmiast je ściągnąłem i... rozpacz mnie ogarnęła. Toż to istny kondensat błędów edytorskich.

Na początek wybrałem „Nowele” Bolesława Prusa. Czytam. Niestety w forma­cie .PDF, który jest już niewygodnym standardem dla czytelnika obeznanego z Microsoft Readerem. Rekognizowanie „Katarynki” takie sobie. Trochę błędów interpunkcyjnych, parę literówek. Pan Mareczek nie zauważył np., że mechanizm rozpoznawania tekstu zbitkę liter „ni” odczytuje jako jedną literę „m”. Tak więc tam, gdzie miało być „nie”, uzyskaliśmy „me”. Marna estetyka strony. Dziewiętnastowieczna klasyka wymaga sto­so­wa­nia akapitów, o czym pan Mareczek nie wiedział i sformatował tekst byle jak.

Dostępny okazał się „Pierścień wielkiej damy” Norwida. Nie mogłem więc sobie od­mówić przeczytania choćby paru fragmen­tów. Ale – niestety – znów bez satysfakcji. A to ze względu na błędy interpunkcyjne (obok wielu innych). Bo pan Mareczek zapew­ne nie wie, że w skomplikowanej interpunkcji Norwida najważ­niejszy jest myślnik: znak, którego nie wolno zastępować dwa razy krótszym dywizem. Szczególnie irytują­ce są wersy zakończone dwoma myślnikami (częste u Norwida). Program kompute­rowy został tak ustawiony, by ostatni myślnik w wierszu automatycznie zamieniał się w dywiz. Żałosny efekt świadczy o bez­myślnej, mechanicznej rekognizacji.

To nie są drobne niedoskonałości, nad którymi można spokojnie przejść do po­rząd­ku. Bo porządku nie będzie. Do edy­torstwa wchodzi nowa bylejakość, której trze­ba się przeciwstawić, zanim zaleje nas tandeta i upadną dobre obyczaje. Oto ukazały się „Lektury na CD”. Na jednej płytce pomieszczono 52 utwory od „Antygony” do „Ze­msty” poprzez całą Biblię, „Faraona”, „Kordiana”, „Pana Tadeusza” i wiele innych lektur szkolnych. Napis na pudełku głosi szumnie: „Zalecane przez MEN”. Mam nadzieję, że MEN zalecił tylko lektury, a nie krążek, który zawiera wszystkie wymienione wady, a po­nadto charaktery­zuje się zupełnym lekceważeniem zasad wydawniczych.

Nie dowiemy się np., która oficyna została zaszczycona lub ograbiona rekogni­zo­wa­niem, nie poznamy nazwisk tłumaczy dzieł literatury obcej, nie uzyskamy potwier­dzenia uszanowania cudzych praw autorskich. Tylko prawa producenta płyty (firma Cartall) zostały zastrzeżone. Brzydki to obyczaj, choć pomysł wydania lektur szkolnych na płycie CD – godny największego uznania. Zobaczmy jednak, co otrzymaliśmy.

Pierwsza lektura – „Antygona” Sofoklesa. Nazwiska tłumacza nie znajdziemy, ale Kazimierza Morawskiego możemy rozpoznać już po pierwszym zdaniu: „O ukochana siostro ma, Ismeno!”. Błędów w tekście tak mało, że rodzi się domniemanie korzy­stania z oryginalnego składu. Gdzieniegdzie razi tylko ortografia, np. „Przodownik CHÓRu”, „Pytaj KREONa!”. Bardziej leniwy uczeń przeczyta sobie (z tej samej płyty) krótkie streszczenie i nie musi fatygować się lekturą całej tragedii. Anonimowy autor streszcza „Antygonę” m.in. tymi słowy: Nagle wchodzi strażnik z wieścią, że ktoś pochował ciało Polinejkesa. Przodownik widzi w tym integrację bogów... (sic!). Po czymś takim uczeń może zwątpić nawet w ingerencję europejską. Ale najpierw zajrzy do internetu, gdzie na hasło „Antygona” ujawni się 1565 stron z różnymi polskojęzycz­nymi tekstami, w tym z gotowcami wypracowań na różne tematy, związane z dziełem Sofoklesa.

O wydawcy Biblii również brak wzmianki na płycie Cartalla. Układ tekstu pozwala wpraw­dzie od razu rozpoznać „Brytyjkę”, ale pozostaje pytanie, dlaczego nie skorzy­sta­no z pięknego przekładu Wujkowego lub z najnowszego tekstu Biblii Tysiąclecia, do­stęp­nego zresztą w internecie.

Rozpacz ogarnia czytelnika „Lektur na CD”, który zapozna się z kolejnym hasłem: „Bogurodzica”. Tu już nie mówię o błędzie rekognizowania lecz o zupeł­nym dyletan­ty­zmie. Jak pamiętamy – początek utworu brzmi następująco:

Bogurodzica, dziewica, Bogiem sławiena Maryja,

U twego syna, Gospodzina, matko zwolena Maryja.

Na krążku CD brakuje drugiego wersu w tekście głównym! Pojawia się wprawdzie ten wers w „Omówieniu” ale z błędem: brakuje przyimka „U”, co w tym wypadku ma duże znaczenie. Autor „Omówienia” w paru miejscach udo­wad­nia, że nie jest mu zna­ne pomnikowe wydanie „Bogurodzicy” w opraco­wa­niu Woronczaka, Ostrowskiej i Feichta. Skompilował kilka bryków i na wszelki wypadek nie podał swojego nazwiska.

Poprzestaję na tym krótkim przeglądzie radosnej produkcji multimedial­nej. Nie wybierałem szokujących przykładów. Nowe zjawiska w zautomatyzo­wanym przetwa­rzaniu tekstów stają się normą. Edytorstwo w stylu techno zwycięża.

do góry