Zwój pionowy: Miejska Kronika Aprioryczna

Andrzej Jarczewski



strona główna

 

 

 

 

 

 

 

Kolor na Koperniku

Zdobycie miasta

Potęga eteru

Oaza Sukcesu

PRZESŁANIE DO CZYTELNIKA (otworzyć w roku 3010)

Przedstawione tu wydarzenia działy się lub też się nie działy jakiś czas po sporządzeniu kolejnych zwojów niniejszego manuskryptu. Wszystko to zaobserwowano wiele lat później, niż opisano. Nie można tedy wy­kluczyć, że poszczególne scenariu­sze nie dotarły w porę do właściwych ku­gla­rzy i nie­które marionet­ki wykonały w końcu nieco inne, niż zakładano, ewolu­cje. W poważnych badaniach nauko­wych należałoby więc korzystać ze źródeł histo­rycznych, pochodzących rów­nież z epok późniejszych. Jednakże istota rzeczy nie ucierpi na niepełnej pewności podanych danych, gdyż Kronika Aprioryczna nie jest opisem stanów zasta­nych, lecz stających się stale, wirtualnych lub – co naj­mniej – stuprocento­wo możli­wych. Jednym słowem – nie jest to fotka, ale zwy­kła ekstrapolacja predykcyjna z konwergentnym korelatem stochastycz­nym, prowa­dzona ze staranną niesystematycznością jakieś dziesięć wieków temu;-).

Andrzej Jarczewski

 

*

KOLOR NA KOPERNIKU

Konstytucję tej Kolejki ustalono w sobotę wieczorem w trybie nagłym i  w  brzmieniu typowym dla lat osiemdziesiątych. Tłumek chciałby nawet i posej­mikować, ale niespo­dzie­wanie wczesne mrozy przynaglały do szybkiego wypra­cowania konsensusu. Było sześć stopni poniżej zera; starsze dzieci kończyły właśnie rozwalać bałwany, budowane cały dzień przez młodsze dzieci, a ro­dzice jednych i drugich zgrabiałymi długopisami wpisywali się na spo­łeczną listę, przyjmując do wiadomości następujące warunki.

 

1.  Sprawdzenie listy codziennie o ósmej rano i o szesnastej.

2.  Sposób sprawdzania obecności: przewodniczący wywołuje numery, kolej­kant wykrzykuje nazwisko i – jeżeli krzyk zgadza się z zapisem – nazwisko przepi­sywane jest na nową listę z nowym numerkiem.

3.  Po przepisaniu – stara lista ma być niszczona.

4.  Dla obrony przed wprowadzeniem listy konkurencyjnej – pełni się dyżury nocne, sobot­nie i niedzielne: co dwie godziny kolejna dziesiątka.

5.  Za nieobecność na dyżurze – skreślenie z listy.

 

I oto już cała konstytucja największej Kolejki w krótkiej i tragicznej hi­storii osiedla Koper­nika. Później pojawiły się precedensowe interpretacje i rozstrzyg­nię­cia, Kolejka dopracowała się obfitego orzecznictwa w spra­wach spornych, różne kwestie proceduralne ustalono z nie­słychaną precyzją, ale kanon trwał bez zmiany ducha i litery aż do smutnego końca, mimo iż tekst owej kon­stytucji nie został nigdy zapisany. Pięć punktów, sfor­mułowanych 19 listo­pada 1988, przekazywano ustnie co­dzien­nie o ósmej i o szesnastej, utrwalano w długich nocnych rozmowach podczas dyżurów obo­wiąz­kowych i re­cy­towano każdemu nowemu kolejkantowi.

Przypadkiem – u zarania dziejów Kolejki – mróz odebrał głos anarchis­tom i demokratom, więc nie było problemu z wyborem władz. Królował w tym wzglę­dzie precedens, a setnicy wy­ra­stali sami: wchodzili na podium, mijając bez słowa ewentualnych kontrkandydatów, zasta­na­wiają­cych się o pół sekundy dłużej. I już byli przechodnimi wodzami Kolejki. Liczył się donośny głos i re­fleks. Nikt zresztą nie pchał się na setnika, gdyż poza satys­fakcją z chwi­lowej władzy – profitów żad­nych ta funkcja nie przysparzała. Prze­ciw­nie. Zwykły kolejkant mógł trochę pokombinować, mógł załatwić sobie na boku jakiś interes lub nawet strzelić bumelkę, jeśli tylko był kryty przez uprzejmego sąsiada. Setnik natomiast był tak starannie kontrolowa­ny przez wszystkich, że za jakiekolwiek odstępstwo od wzorca cnót groził mu chyba lincz. Piszę „chyba”, bo rzecz nie była przetesto­wana. Żaden setnik nie próbował kombinować. Z tysięcz­nikami było już trochę inaczej, ale któż w owym czasie na tak wysokim stanowisku był bez winy?

Sklep firmowy wytwórni telewizorów kolorowych otworzono w poniedziałek 21 listopada 1988. Do tego czasu Kopernik oglądał programy czarno-białe i tylko w oknach najbo­gat­szych mieszkań zaczynały błyszczeć – budzące powszechną zazdrość – kineskopy kolorowe. Zgodnie z prze­widywania­mi okazało się, że telewizory są o 30% droższe niż zapowiadano w sobotę. Naturalna weekendowa inflacja nie speszyła zbyt­nio Kolejki, przygotowanej duchowo na gorsze rzeczy – mogli przecież wcale nie otworzyć! A oni otworzyli, choć w pierwszym dniu jeszcze do sklepu nikogo z Kolejki nie wpuścili. Obserwowano jedynie wzmożony ruch na zapleczu, co było do tego stopnia zgodne z po­wszechnie akceptowanymi zasadami, że nikomu nie przyszło nawet do głowy interesować się, co też zawierają wnoszone i wynoszone kartony. Za to we wtorek, klienci zapisani na społecz­nej liście zaczęli już naprawdę dostawać wiel­kie pudła z upragnionymi „Heliosa­mi”. Ku po­wszech­nemu zasko­czeniu – tego dnia sprzedano aż dzie­więćdziesiąt telewi­zo­rów. Tyle samo w śro­dę. A to już przerosło najśmiel­sze oczekiwa­nia, gdyż zwykle na innych listach numer pięćdziesiąty nie zapewniał zdobycia tele­wizora nawet w ciągu roku.

Tak więc skrajni optymiści i przypadkowi przechodnie, którzy ot tak sobie wpi­sali się na astronomicznie odległe dwusetne któreś tam miejsce, stanęli w czwar­tek przed życiową szan­są. Zostawiali w Kolejce dzieci, które przed­tem donosiły kanapki lub zupę w termosach, i biegli załatwiać nagłe pożyczki u kogo się dało.

I tak to szło przez dłuższy czas. Jednego dnia sprzedano 100 telewizorów, innego 70 (bo w sklepie była kontrola), kiedy indziej znów – zepsuła się antena i sprzedaż szła jeszcze wol­niej. Zawsze jednak te 50–90 sztuk dziennie udawało się ludziom kupić.

W mieście nie dowierzano. Doświadczeni stacze twierdzili, że takie dostawy urywają się zwykle w parę dni po otwarciu sklepu. Tu wszakże hossa trwała zachęcająco długo. Fama poszła w świat i zaczęli pojawiać się klienci z coraz dalszych dzielnic. Przed ósmą i przed szesnastą dojazd na osie­dle Kopernika autobusem miejskim stawał się coraz trud­niejszy, aż w końcu stali miesz­kańcy zaczęli do miasta chodzić na piecho­tę.

Ujawniła się wtedy grupa dziwaków, którzy jęli rozpętywać kampanię antyko­lejkową. Pisali memoriały do władz i listy do gazet, chodzili od domu do domu, zostawiali jakieś ulotki, próbo­wali przekonywać znajomych i ostrze­gać obcych. Przyjmowano ich początkowo z pewnym szacunkiem i o­stroż­nością, gdyż każda tego typu działalność, prowadzona w czasach pano­wania ustroju kolejkowego, miewała swój finał w więzieniu. Widziano więc w nich przy­szłych męczenników sprawy w zasadzie słusznej, ale niewartej zbyt widocz­nego poparcia. Napływ gości przynosił bowiem zbyt wiele korzyś­ci.

Osiedle Kopernika, wybudowane jako jedna gigantyczna sypialnia, nieposia­dające żadnej instytucji kulturalnej, placówki, czy choćby kiosku z na­miastką kultu­ry – zyskało nie tylko pierwszą prawdziwą atrakcję, ale i profity warte pewnych wyrzeczeń. Ceny noclegów domo­wych wzrosły do tego stopnia, że stałym mieszkańcom opłacało się wynająć sobie pokój gdzieś na mieście, a siedzibę na Koper­ni­ku – wymościć materacami dmuchanymi i tylko raz na tydzień przyjeżdżać, by skasować należ­ność. Inni znów brali urlopy, a nawet zwalniali się z pracy i za­czy­nali nareszcie porządnie zarabiać jako stacze lub wykonawcy różnych innych usług kolejko­wych. Niezwykłe sukcesy święciły też lokalne prosty­tutki i producenci bimbru.

W tej sytuacji dziwacy dokonali klasycznego zamachu stanu. Korzystając z ogólnego zaaferowania Kolejką i niewiary w sens wspólnego działania – zebrali wszystkie możliwe odwo­dy i w sile dwudziestu dziewięciu ludzi pojawili się na zebraniu wyborczym Komitetu Osiedlowe­go Stałych Mieszkań­ców. To wystarczyło. Ich przeciwnicy – przyzwyczajeni do tego, że na podob­nych zebraniach frek­wencja nie przekracza półtora obywatela – znaleźli się w prze­raźliwej mniejszości, oddali władzę i podali tyły. Zamachow­cy nie zdawali sobie jednak sprawy, że przejęli tylko władzę. Myśleli, że to wystarczy do uporządkowania spraw na osiedlu. Tymczasem była to władza bez pieniędzy i bez jakichkolwiek narzędzi wykonawczych.

To, czego brakowało dziwakom – gromadziło się grubą warstwą wokół Kolej­ki. Przez pewien czas utrzymywała się jako taka równowaga między sprzedażą telewizorów a nowymi zapisami, jednakże od Nowego Roku 1989 lawina telema­nów z całe­go kraju zaczęła zasypywać osiedle. Dopóki na liście było nie więcej niż pięćset na­zwisk, aktualny szef kolejki mógł osobiście dwa razy dziennie ją przepi­sywać, ale na wiosnę, przy pięciu tysiącach pozycji – trzeba było zatrud­nić parę sekretarek. W jednym z okolicznych bloków Kolejka wynajęła pokój, ustawiono maszyny do pisania i to na jakiś czas wystarczyło.

Gdzieś daleko przy Zielonym Stole rozgrywano poker stulecia, ale wieści polityczne stano­wiły jeno temat rozmów w wąskich kółkach. Kolejka od tego nie malała. Przeciwnie – wkrótce stało się jasne, że oprócz setników i tysięczników konieczni są dziesięciotysięcznicy.

Zapisy trwały nadal, gdyż nawet dwudziestotysięczne miejsce (przy dziennej sprzedaży na poziomie zbliżonym do 90 sztuk) dawało możliwość zakupu telewizora w terminie 230 dni roboczych, czyli trzeba tu było czekać krócej niż rok. Na tle ogólnokrajowego standardu stwarzało to szanse nader korzystne. Przybysze z dalszych stron porozbijali namioty i rozsta­wili przyczepy kempingowe. Było optymistycznie.

Z braku wystarczająco dużego placu mityngi o ósmej i szesnastej musiały się odbywać w mniejszych grupach. Każdemu więc kolejnemu tysiącowi przy­dzielano coraz odleglejsze od pawilonu miejsce. Rosła też liczba lokali, wynajmowanych przez Kolejkę do obsługi list i za­łatwiania spraw bytowych przyszłych nabywców.

Teraz już każdy tysiąc miał kilkumieszkaniowe biuro z sekretariatem, pokojem konferen­cyjnym, księgowością, działem kartek na mięso, na benzynę, wódkę i inne dobra oraz naddziałem rozdzielania przydziałów kartek na kart­ki. Na biurowiec każdego nowego dziesię­cio­tysięcznika prze­znaczano cały blok, z które­go zawczasu wykwaterowywano stałych miesz­kań­ców. „Już się dosyć namiesz­kali” – twierdzono – „teraz niech ustąpią przed wyższą spo­łeczną po­trzebą”.

Konflikty między dawnymi a nowymi gospodarzami osiedla rozstrzy­gał spe­cjalny sąd pojed­nawczy, któremu przydzielono następny budynek. Osiedlową szkołę przekształcono w posteru­nek Kolejkowej Służby Porządko­wej, co – wobec nieobecności zwykłej milicji – pozwoliło Kolejce przejąć pełną kontrolę nad spra­wa­mi osiedla ku zadowoleniu wszystkich kolejkantów.

Stali mieszkańcy, którzy w komplecie zaopa­trzyli się w telewizory już w pierwszych kilku­nastu tygodniach, przyjmowali to zupełnie inaczej, ale honor nie pozwalał im początkowo stosować się do zaleceń powszechnie wykpiwanego Komitetu Osiedlowego. Pozaj­mowane par­kingi, nieprawdopodobne zwały pudeł i  niewywożonych śmieci, częste awantury, zasikane klatki schodowe, sekty, szerząca się prostytu­cja i narkomania – wszystko to zwaliło się na bezbronne osied­le nagle, przy­gniotło, zaskoczyło i komplet­nie sparaliżowało. A najsil­niejsze jed­nostki, zamiast organizować obronę, całe dnie wpatry­wały się w szczęś­liwie zdobyte kolo­rowe ek­rany. Gdy wyrzu­cani z domostw mieszkań­cy w końcu posta­nowili coś przedsię­wziąć, było już za późno. Miejsce na ogół potul­nych zwykłych kolejkantów zaczęli bowiem zajmować zawo­dowi stacze z miasta i okolicy.

Początkowo niektórzy klienci sami pilnie wypa­trywali jakiegoś zastępcy, bo nie byli w sta­nie obstawić sobą i swoją rodzi­ną wszystkich terminów. Wiadomo: im bliżej pawilonu, tym miejsce cen­niej­sze, a zawalonych przez stanie spraw – więcej. Jednakże z wolna zawodowi stacze zdoby­wali coraz większą przewagę. Już nie czekali na to, aż klient przej­dzie do pierwszego tysią­ca. Atakowali propo­zycjami każdego nowego.

Jeszcze wiosną stacze konkurowali między sobą stawkami i byli w miarę uprzejmi wobec klientów. Nie trwało to długo. Kilkunastu, a potem kilku­dziesięciu naj­bezwzględniejszych staczy, bramkarzy, cinkciarzy i melinia­rzy utworzyło korporację, która w bły­skawicznym tempie wykurzyła staczy niezrzeszonych. Zmieniono też stra­tegię. Doszło bowiem do tego, że po osiągnięciu pierw­szej setki tysięcy zapisa­nych – w samej Kolejce stawało nie więcej niż dziesięć tysięcy zwykłych kolejkantów i stu staczy zawodo­wych, obstawiają­cych jednocześnie po kilkaset (niektórzy nawet i po kilka tysięcy) nume­rów.

W momencie, gdy Komitet Osiedlowy pozyskał w końcu szersze poparcie dla swych antykolejkowych idei – szef korporacji staczy postanowił uprzedzić moment spodziewa­nej konsoli­da­cji stałych mieszkańców i opracował genialny plan. Po wyeli­minowaniu ostatniego stacza niezależnego – wprowadził swoje­go czło­wieka na stanowisko prezydenta Kolejki i któ­regoś dnia zażądał ścisłego przestrze­gania obowiązującego tu prawa, czyli kolejkowej kon­stytu­cji. Zaraz też zwykli klienci zostali powiadomieni, że muszą nie­zwłocz­nie stawić się w wyzna­czonych miejscach, bo inaczej wypadną z inte­resu.

To wystarczyło. Liczbę klientów oceniano naówczas na dobre dwieście tysię­cy. Ich prze­marsz z punktów zbornych na miejsce mityngu, które zorganizo­wano w pustej, ogromnej misie Kąpieliska Leśnego, był manifestacją tak potężną, że ostatni mieszkańcy kompletnie stracili ducha i dali się prze­gonić z osiedla jak stado milczących owieczek. Interwencje KOSM-u (Komite­tu Osiedlo­wego Stałych Mieszkańców) przestały być rozpatrywane z chwilą, gdy uznano, że wobec wysiedlenia byłych miesz­kańców – KOSM nikogo nie reprezentuje.

Następnego dnia powiadomiono klientów, że już nie muszą się fatygować, a osiedlem niepodzielnie zawładnął szef stuosobowej zaledwie korporacji staczy i  cinkciarzy. Potem wybuchły różne, pożałowania godne niesnaski i awantury, których nie będziemy tu zbyt szczegółowo rela­cjonować, gdyż jednocześnie w cen­trum miasta zaczęły dziać się rzeczy, o jakich nie marzył nawet żaden szeregowy stacz z Kopernika.

 

ZDOBYCIE MIASTA

Wiele tomów zajmie kronika, opisująca wszystkie zjawiska, towarzy­szące upadkowi długo i niezbyt jaśnie panującego ustroju kolejkowe­go. Do piór biorą się historycy, socjologowie i inni uczeni. Niech się biorą; naszym zada­niem jest jeno obejrzenie tego zjawis­ka z wszy­stkich trzech stron koloro­wego ekranu.

W czasach, gdy liczebność Wielkiej Kolejki Telewizoryjnej na Osiedlu Kopernika zbliżała się do swego apogeum, Sprytny, szef korporacji cinkcia­rzy i staczy dokonał intere­sującego odkrycia. Otóż gdy do aktualnej ceny krajowego „Heliosa” dodać spodziewane i co pewien czas dokony­wane podwyż­ki, pię­ciolet­nią gażę sta­cza, koszty niewygód, dojazdów tudzież nie­obec­ności w pracy kolejkanta – okaże się, że taniej wyjdzie sprowadzenie telewizora zagra­nicz­nego.

W całym kraju kolejkowy ustrój statyczny zmienił się nagle w katapultyczny i dziać się zaczęły rzeczy niezwykłe. Któregoś dnia stacz o pseu­do­nimie Katapulta odstąpił niespo­dzie­wanie koledze, zwanemu Przyciężki, trzy tysiące obstawionych przez siebie numerów w zamian za trzecią część wynagrodzenia, płatną z góry. Przyciężki, który nie był wcześniej zbyt aktywny i załapał się na zaledwie siedmiuset kolejkantów, zgodził się bez wahania w przeko­naniu, że robi świetny interes. Rozumował tak.

- Biorę teraz trzy tysiące numerków, a płacę tylko za tysiąc i to po aktualnych cenach. 200% zysku! Wiadomo, że w ciągu roku stawki za stanie wzrosną o kilkaset procent, więc przebicie roczne jest co najmniej sześcio­krotne. To jest interes! Sześć złotych za jedną zainwesto­waną złotówkę!

Katapulta, natomiast, usłyszał od Sprytnego zupełnie inną kalkulację.

- Jeżeli stawka za numerek wynosi jeden procent wartości telewizora rocznie, to otrzymu­jąc gotówkę za tysiąc numerków – masz w kie­szeni równowartość dziesięciu "Helio­sów" albo pięciu równorzęd­nych telewi­zo­rów tajwańskich czy koreańskich. I  zapomnij o tych trzech tysiącach śmieci, których się pozbyłeś – dodał, uprzedzając wątpliwości Katapulty. – Dają teraz paszporty, pozwalają kupić marki, więc skok do Berlina, kupujesz pięć telewizorów i za dwa dni wracasz z czte­rema, bo wartość jednego odpadnie na koszty transportu, łapówki i te rze­czy. Mamy więc cztery telewizory, ale każdy z nich ma pilota, więc możemy je spokoj­nie sprzedać w cenie nie dwóch, lecz trzech bezpilotowych „Helio­sów”. O zbyt się nie martw, ja to załatwię.

Jak powiedział, tak uczynili. Katapulta przywiózł cztery sztuki i zanim zdążył się wyspać po trudach podróży – Sprytny sprzedał je starannie wyselekcjo­nowanym „szczęśliwcom”. Następnego dnia, nie inwestując ani jednego nowego grosi­ka, Katapulta star­tował do Berlina z pieniędzmi na sześć telewi­zorów. Jeśli teraz powtórzymy rozumowa­nie Spryt­nego, łatwo wyliczymy, że po trzeciej trasie Kata­pulta miał już pieniądze na siedem „Samsun­gów”, a po czwartym kursie – na dziewięć. Sprytny upychał je co bogatszym kolej­kantom, używa­jąc do tego kolejno wtajem­nicza­nych staczy.

Doświadczenie pozwoliło ograniczyć koszty operacji, a berliński dostawca, w miarę rosną­cych obrotów, dawał coraz większą marżę. Nie upły­nął miesiąc, a Kata­pulta mógł już wyna­jąć kierowcę i wielką cięża­rówkę, która w jednym tygod­niu przywo­zi­ła kon­tener z set­kę telewi­zorów, a  w drugim – trzydzieści hekto­litrów spirytusu. Kil­kudziesięciu byłych staczy orga­ni­zowało sieć sprzedaży. Sprytny miał już teraz hur­townię telewizorów, przedsię­biorstwo trans­por­towe, stację benzy­no­wą, tajną rozlewnię alkoholu, swoich ludzi na cle, swoich pobor­ców podatko­wych, swoich radców, raj­ców a w końcu i parlamentariuszy.

Natomiast Przyciężki i jemu podobni kupowali numerki za coraz niższe stawki. Zajęci skupem nie opusz­czali Kolejki i nie zauważyli, że tymczasem świat się zmienił. Gdy zabrakło im pieniędzy, zaczęli poży­czać pod zastaw, a w końcu musieli wystawiać weksle gwaran­towane mieszkaniami wszystkich żon i kochanek. Zanie­pokoili się dopiero, gdy kolejkanci nie tylko przestali płacić za stanie, ale w ogóle jakby zniknę­li z osiedla. Kolejka topniała z dnia na dzień, aż w końcu Przyciężki doliczył się tylko pięćdziesięciu wytrwałych, z których każdy był człon­kiem korporacji staczy z co najmniej dziesięcioma tysiącami numerków w plecaku. Szef korpo­racji wpadał coraz rzadziej, od czasu do czasu kogoś zabierał do hurtowni, aż w końcu zupeł­nie przestał się pokazy­wać. Podobno Przyciężki wkrótce umarł z głodu i zgry­zoty, a po­zo­stali stacze rozpły­nęli się w miarę, jak wokół pawilonu rosła sterta nie­sprzeda­wal­nych „Heliosów”.

Na osiedle Kopernika z wolna wracało życie. Dawni mieszkańcy odgrze­by­wali swoje domy spod sięgających ósmego piętra hałd śmieci, wytruwali szczury, malowali ściany, wstawiali telewizory i urządzali się na nowo, choć na ogół – po staremu.

Za to śródmieście zaczęło się przeobrażać w sposób rewolucyjny. Wiecznie puste sklepy zapełniały się rozmaitym towarem. W każdym podwórku otwie­rano minihurtownie, a targo­wiska, parkingi i chodniki aż pęcz­niały od tłumów sprze­dających z ręki, ze stolika, ze skła­danego łóżka, czy tylko przeście­radła. Koniunktura lała się szerokim strumieniem spiry­tusu „Royal”, a wygło­dzony rynek łykał wszy­stko bez objawów niestraw­ności.

Wielkie dni przeżywali wtedy nowobogaccy kupcy z ulicy Sukcesu. Sprowadzali najwspa­nialszy towar z całego świata: z Indii – tekstylia, z Turcji trampki (prawie jak oryginalne), z Chin – wszystko, jak leci. Klient był nienasycony. Zachowywał się tak, jakby kilkadziesiąt lat panowania ustroju staczkolejkowego całkowicie pozbawiły go myślenia rynkowego. Rzucał się na towar jak szarańcza, wysupływał gromadzone latami banknoty dolarowe, biegał z nimi do roz­mno­żo­nych ponad wszelkie spodziewanie kantorów i ze zdwojoną siłą uderzał w rynek, który dzielnie stawiał czoła wszelkim atakom. Kupcy walili trzystupro­centowe marże, a klient brał jak głodny leszcz. Już byle jaki sklepik wystarczył, by właściciela było stać co roku na nowe, coraz większe auto. Salon sprzedaży, zatrudniający pięć ekspedientek pozwalał na zbudowanie willi, a właściciele większych interesów lokowali nadwyżki w nieruchomościach, kupując całe hek­tary miasta. Inni znów gustowali w wojażach turystycznych do naj­odle­glejszych krain lub też uwalniali się od uwierającego nadmiaru gotowizny w okolicznych salonach gry tudzież masażu.

Inwestować nie było trzeba. Usprawniano jedynie kanały dystrybucji. Singapur, Dubaj, Stambuł, Hong Kong. Byle szybciej. Nie dlatego, iżby obawiano się pogorszenia koniunktury. Nie, o tym nikt nie myślał. Raczej chodziło o stałe doskonalenie obrotu i jak najszybsze zaszpa­nowanie nowym mercem.

W naszej ulubionej branży pierwsze objawy przesytu pojawiły się w mo­men­cie, gdy została przekroczona magiczna liczba siedmiu salonów telewizoryj­nych na sto metrów bieżących każdej­ śródmiejskiej ulicy. Klienci stawali się niepo­kojąco wybredni. Łazili od stoiska do stoiska, wypytywali o telegaze­tę, o pod­łą­cze­nie video, a nawet o możliwości odbioru sate­litar­nego. Jednym słowem – kom­pletnie im się we łbach poprzewracało. Tak, jakby zapom­nieli, że jeszcze niedawno maszerowali przez osiedle Koper­nika z pieś­nią, wyraża­jącą ich najgłębsze tęsknoty:

 

Heliosie, Heliosie! (bis)

Tylko ciebie chcemy,

Bardzo cię pragniemy.

Heliosie, Heliosie itd.

 

Sprzedawcy telewizorów, wśród których znaleźliśmy reprezentatywną próbkę byłych sta­czy, poznawali swych niedawnych, wylęknionych i ponad wszel­ką miarę uprzejmych zlece­niodaw­ców. Teraz ich, tzn. kupujących, zachowanie stawało się coraz bardziej butne, aroganckie, a nawet bezczelne. Dochodziło do tego, że klient po zwie­dzeniu stu, czy dwustu sklepów w ogóle nie dokonywał zakupu, a w najlepszym razie – odkładał transakcję na jutro, żądając doniesienia do domu prospektu reklamowego, projektu karty gwarancyjnej, a nawet próbki towaru.

To ostatnie żądanie przybrało miarę wręcz epidemii. Wszystkie salony sprzedaży prześci­gały się w sprawnym dostarczaniu próbek. Powszechnym zjawiskiem stały się teraz długie kolejki sprzedawców, gońców i tragarzy, stojących godzinami pod domem niezdecydowanego klienta. Zdarzało się, że dopiero osiemsetny telewizor dostępował zaszczytu pozostania w domu nabyw­cy. Co prawda tylko na okres próbny, ale i to przydawało sensu staniu nawet tysięcznego dostawcy.

Mieszkańcy osiedla Kopernika początkowo z dużą dozą wyrozu­mia­łości wysłu­chiwali wieści, napływających ze śródmieścia. Każdy swojego „Heliosa” już miał, więc informacje o kolejnym tysiącu sklepów ze sprzętem audio-video przyjmowano bez emocji. Jednakże z wolna poja­wiało się pewne zainteresowa­nie, które z czasem przeszło w obsesyjną obserwację i  żądzę odwetu. Oto któregoś dnia wszyscy mieszkańcy spod trzynastki wybrali się do śród­mieś­cia i zażądali na jutro próbek towaru z donie­sieniem do domu. Jeśli zważy­my, że trzynast­ka ma pięć klatek schodowych po dziesięć pięter i że do każdego mieszkania ustawiła się kolejka z paro­ma setkami telewi­zorów – wy­obraźnia bez trudu pozwoli nam współ­odczuwać błogą zemstę stałych miesz­kańców, którzy jeszcze niedawno – wyrzuceni ze swych mieszkań – musieli tułać się po świecie z nie­odłącz­nymi „Heliosami” pod pachą.

Trzynastce pozazdrościli natychmiast mieszkańcy innych bloków. A  strasz­liwe rezultaty nie dały na siebie zbyt długo czekać. Już od rana następ­nego dnia zagęszczenie na osiedlu zaczęło osiągać wskaźniki znane z epoki ustroju kolej­kowego, by w południe przekroczyć wszelkie dopuszczal­ne normy. Korzys­tając z archiwalnych zdjęć sate­li­tar­nych, obli­czy­liśmy, że w przed­dzień drama­tycznych wydarzeń, do pięt­nastu tysięcy mieszkańców osied­la Koperni­ka, ustawiły się roz­maite kolejki o łącznej zawartości ponad sied­miu milionów tele­wizorów.

Dane te potwierdzili też archeologowie, którzy na podstawie naszej kroniki rozpoczęli parę wieków później odpowiednie badania i – po rozkopaniu wzgórz otaczających miasto – odkryli coś w rodzaju nowego Herkulanum. Wyglą­dało to tak, jakby w samym centrum osiedla wybuchł elektroniczny Wezuwiusz i przy­krył wszystkie bloki kilkudziesięciometrową warstwą tele­wi­zorów. Znawcy przedmiotu nie mają wątpliwości, że mieliśmy tu do czynie­nia z nie­zwy­kłą erupcją histerii w gigantycznym zbiorowisku dostawców próbek towaru. Niewyraźne ślady wskazywałyby na starannie przygotowaną prowoka­cję, ale wobec braku niezbitych dowodów – snucie dalszych domysłów zosta­wiamy archeologom i psycho­logom tłumu.

Tak czy owak, po samounicestwieniu się wielu tysięcy importerów i sprze­dawców, w śród­mieściu uchowało się zaledwie kilka hurtowni tele­wizorów. Nie muszę tu już dodawać, że Sprytny, który od dłuższego czasu trzymał rękę na pulsie miasta, nie uległ szaleństwu i kry­tycznego dnia nie wysłał ani jednego telewizora na osiedle Kopernika. Pewne światło na całą sprawę rzuciło badanie kartotek magazynowych w hurtowni spirytusu, które wykazało, iż właśnie wtedy po obniżonych cenach wydano kilka milio­nów półlitrówek "Royalu".

 

POTĘGA ETERU

Wprawdzie telewizoryjna konkurencja została wybita niemal do nogi podczas sławetnej akcji zasypywania osiedla, to jednak zdobyty rynek nie przedsta­wiał prawie żadnej wartości. Każdy mieszkaniec naszego miasta miał już telewizor w domu i trudno było zaproponować mu drugi. Sprytny wymyślił więc kolejny trick: otworzył własną stację telewizyjną TELE-KLOPS, której zadaniem było nadawać progra­my atrakcyjne, ale koniecz­nie „nieparzyste”. Jeżeli więc w serwisie krajowym czy regionalnym leciał „Świat mody” lub „Porady kulinar­ne”, to w tym samym czasie TELE-KLOPS nadawał „Świat boksu” lub „Porady automobilisty”. Gdy inne stacje transmitowały mistrzostwa świata – KLOPS puszczał melodramaty. Wiadomości przykrywano wenezuelskimi serialami, seriale – reklama­mi, a reklamy – nowinami.

Sukces nowej stacji przeszedł najśmielsze oczekiwania. Sprzedaż telewizo­rów ruszyła z ko­pyta. Gratisowo dostarczano małą antenkę pokojową, która łapała wprawdzie tylko pobliskiego KLOPSA, ale za to umożliwiała ustawie­nie nowego odbiornika nawet w łazience. Badane przez agencję socjologiczną oceny pro­gramów okazały się naprawdę bardzo dobre. Wysoko ceniono zwłaszcza profesjonalizm prezente­rów, obiektywizm informa­cji i całkowitą apolityczność nowej sta­cji, co widać było zwłaszcza w czasie kampanii wyborczej, kiedy KLOPS popierał wyłącznie własnych kandydatów, dekla­rujących się jako zupełnie  apolityczni.

Tymczasem import i przemyt telewizorów rósł lawinowo. Jeśli proces wyposażania każdego mieszkania w pierwszy aparat trwał lat prawie czter­dzieści, to drugi egzemplarz zjawił się wszędzie w ciągu dwóch, trzech wiosen od startu TELE-KLOPSA. Socjologowie początkowo bili na alarm, gdyż nagle wzrosła liczba rozwodów, spowodowanych „nieparzys­tymi” poglądami małżonków na temat wyboru wspólnie (ale na jednym ekranie) oglądanych programów. Szybko jednak z wielką satysfakcję odnotowano spadek wskaźnika rozstań telewizyjnych. „Drugi tele­wizor – gwarancją trwałości rodziny” głosiły hasła rozlepiane na murach. I było w tym sporo racji. Ale też powtórne nasycenie rynku pojawiło się prędzej niż zakła­dano. Trzeba więc było ludziom dołożyć trzeci aparat, a najlepszą metodą oka­zało się uru­cho­mienie kolejnego nadajnika: TELE-KLIPS z progra­mem młodzieżowym.

Tu również nie obyło się bez protestów malkontentów, którzy ujawnili siedmio­krotny wzrost liczby opuszczonych godzin lekcyjnych w szkołach podsta­wo­wych i jedenastokrotny w liceach. Z odsieczą przyszli wszak sami nauczyciele i komitety rodzicielskie. Wprowadzono telewizory do klas i uzgodniono z samorzą­dami uczniowskimi, że każda lekcja zaczynać się będzie od kwadransa z KLIPSEM, a dopiero potem potoczy się tradycyjna nuda. Oczywiście, redaktorzy KLIPSA wprowadzili nową ramów­kę, uwzględnia­jącą szkolne po­stu­laty, i współ­czynnik waga­rowania spadł niemal do zera.

Czwartego telewizora już nie dało się wcisnąć do mieszkań, więc utrzymanie koniunktury wymagało wymyślenia kolejnej niszy telegenicznej. W tym czasie coraz zamożniejsze społe­czeństwo osiągnęło zdumiewa­jąco wysoki wskaźnik nasy­ce­nia samochodami osobowymi. Każda rodzina miała auto. Nie trzeba więc było zbyt długo czekać na kolejną stację nadawczą, obsługującą kierowców, a zwłasz­cza pasażerów.

Reporterzy AUTO-KLAPSA pojawiali się natychmiast na miejscu każdego wypadku w pro­mieniu stu kilometrów, pokazywali dziury w mo­stach, ostrzega­li, pouczali i wskazywali drogi objazdowe, jeśli tylko gdzieś pojawił się większy korek. Wdzięczność szoferów i pasażerów nie miała granic, co znalazło swe odzwier­ciedlenie w wynikach kolejnych wyborów. A tym­czasem małe samo­cho­dowe odbiorniczki, doposażane w darmową antenkę, szły jak woda.

Trzeba było jednak nowymi inicjatywami uprzedzić moment kolejne­go nasyce­nia rynku. Poja­wiły się tele­wizory garażowe, turystyczne, a szla­gierem jed­ne­go sezonu były nawet stomatologi­czne monitory video, sko­jarzone z auto­matyczną wybijarką zębów, dające abso­lutnie autentyczne przeżycia w czasie fil­mo­wych akcji mordobicia. Oczywiście – na ekranie pacjent zawsze zwyciężał i wy­bi­jał przeciwnikowi o co najmniej siedem zębów więcej niż sam tracił.

Ostatnią udaną akcją Sprytnego było uruchomienie sprzedaży ma­łych samocho­dów „dla żony”. Wielka kampania reklamowa, prowadzona w KLOPSIE, KLIPSIE i KLAPSIE a także w te­lewizji dentystycznej i gine­kologicznej dopro­wa­dziła do spodziewanych wyników. Po paru mie­sią­cach na każdego dorosłego miesz­kańca naszego miasta przypadał jeden koma jeden samo­chód osobowy z telewi­zorem pokłado­wym a także od półtora do dwóch telewizorów pokojo­wych, łazienko­wych, kuchennych, turystycznych i innych.

I koniec. Więcej sprzedać się nie dało mimo kolejnych, coraz bar­dziej rozpaczliwych prób. Systemy kablowe i satelitarne nie poprawiały koniunk­tury, a TELE-UFO, z braku rze­czywis­tego odbiorcy, spotkał się z jeszcze mniejszym entuzjazmem niż TELE-BOBAS, prze­znaczony dla noworodków. Te ostatnie, zresztą, przybywały na świat niewiele częściej niż ufoludki, na co zapewne spory wpływ miało zaabsorbowanie niedo­szłych rodziców telewizo­ryjnymi atrak­cjami.

Syndrom przesyconego rynku nie dawał spokoju ani Sprytnemu, ani jego ludziom, zatrud­nionym w setkach hurtowni i tysiącach salonów sprzedaży. Niewielkie ożywienie pojawiło się dopiero dzięki intensywnej reklamie drinków o wdzięcznej nazwie „Strzemienny”. KLOPS, KLIPS, KLAPS, UFO, BOBAS, GIN i DENT w tysiącach programów prezentowały wzory antyczne i barokowe, kiedy to za kołnierz raczej nie wylewano. Na pewien czas poprawiła się nie tylko sprzedaż przetworów spirytusu „Royal”, ale też zwiększyła się rotacja samochodów i – oczy­wiś­cie – telewizorów pokłado­wych, które pękały nawet przy niewielkich stłuczkach.

Pękającym szoferom, natomiast, towarzyszyła telewizja funeralna. Wprowa­dzono nowy, rozbudowany i widowiskowy ceremoniał pogrzebów świeckich, wymagający jednak, by każdy uczestnik konduktu prowadził przed sobą specjalny wózek z telewizorem, umożliwiającym peł­niejszy udział w uroczy­stości. Naturalną konsekwencją tego pomysłu było grzeba­nie zmarłych wraz z ich ulubionymi aparatami. Niektórzy nieboszczycy odchodzili z pięcioma, nawet z sied­mioma odbiornikami, co jednak nie tchnęło już życia w zdy­cha­jący z wolna rynek telewizoryjny.

Próbowano jeszcze ratować się zarządzeniami lokalnej admini­stra­cji, która przez pewien czas była dobierana przez Sprytnego. Wysłano więc żan­darmów, by chodzili po domach i sprawdzali, czy każdy miał dostateczną liczbę telewizorów. Wszakoż akcja zakończyła się komplet­nym fiaskiem. Ujawnio­no, że wszyscy znacznie przekroczyli normę, a podwyższenie wymaga­nego wskaźni­ka do dziesięciu aparatów na głowę doprowadziło do niespodzie­wanego połą­czenia się opozycji, w  której działało wprawdzie zaledwie siedemdzie­siąt sześć osób, ale liczba reprezentowanych przez nich partii przekraczała dwa tysiące i stale rosła.

Szefowa jednej z owych partii, dysponującej co najmniej dwoma członkami naraz, wpadła na pomysł, przyrównywany niekiedy do naj­genial­niej­szych koncep­cji Sprytnego. Otóż do­strzegła interes nie w hand­lowaniu nowymi telewizo­rami, ale w przeróbce starych. W czasach, gdy na zasypanym grubą warstwą kine­skopów i wszelkiej elektroniki Osiedlu Kopernika zaczynała już wyrastać kosodrzewina – Szefowa oszacowała, że na projekcie przerzucenia hałd telewizo­rów, pudeł i  wszelkich innych śmieci można zarobić więcej, niż na sprzedaży spirytusu, samochodów i różnych aparatów razem wziętych. Jeszcze większe nadzieje wiązała z oczyszczaniem ścieków, a raczej z samym projektem, gdyż faktyczne uporanie się z gigan­tycznym zapaskudzeniem ziemi, wody i po­wietrza w naszym mieście z oczywistych względów nie mogło być brane pod uwagę.

Podstawą interesu było znalezienie odpowiednio potężnych firm, które umiałyby zadłużyć mieszkańców naszego miasta na wystarczające sumy. I Szefowa takie firmy znalazła. Przed­siębiorstwo „Waterloo” z Nowej Kalafonii zaciągnęło w różnych bankach kredyty na miliard talarów i przystąpiło do finansowania prac studialnych, projek­towych i przygoto­waw­czych, wykonywanych przez spółki projektowe, sta­ran­nie wyse­lekcjonowane przez Szefową.

Niesłychane ożywienie gospodarcze, wywołane zleceniami z „Wa­ter­loo”, nie miało prece­densu w historii. Bossowie nawet mało znaczą­cych spółek zaczęli paradować w luksusowych, czterotelewizorowych limuzynach, a na pobliskich terenach wyrastały jak grzyby po deszczu wille, pałacyki i wspaniałe rezydencje z dziesiątkami telewizorów różnego przeznaczenia. A „Waterloo” co pewien czas otrzy­mywało lekko podretu­szowane kopie projektów notorycz­nie wy­konywanych przez państwowe biura projektów i od­kładanych na półkę w mi­nio­nej epoce. Po rozpadzie tych biur – projek­tanci odkurzyli niektóre półki i znaleźli tam prawdziwe skarby. Żałowali tylko, że zlecenio­dawca nawet tych projektów nie oglądał. Zadowalał się tekstem umowy, gwa­ran­towanej całym mieniem miejskim, która przewidywała, że „Wa­terloo” czer­pać będzie zyski jedynie z mono­polu na eksploa­tację oczysz­czalni. Nato­miast jeżeli oczysz­czalnia wyko­nana nie będzie lub jeśli zostanie naruszo­ny artykuł o monopolu albo o czymkolwiek innym – to spłata wszyst­kich kredytów obciąża natychmiast gminę. Podobną umową Szefowa związała miasto z firmą „Marx­&En­gels”, wyspecjalizowaną w przerób­ce hałd elektronicznych na nawozy sztuczne i biżute­rię prawdziwą (przynajmniej z wyglądu).

W ten sposób Szefowa – z biednej biuralistki nie gardzącej nawet groszowy­mi zapłatami za groszowe usługi – stała się dysponentką kapitału wielo­krotnie przewyższającego wszystko, co do tej pory zgro­madził Sprytny w swoich licznych hurtowniach, lokalach i salonach. Role natychmiast się odwróciły. Urodziwa i pełna wdzięku Szefowa przebierała wśród ludzi Sprytne­go jak w ulęgałkach, aż w końcu dobrała sobie ekipę zgraną, zgodną i zdolną do wszystkiego.

Jedynym trudniejszym problemem stało się infiltrowanie opozy­cji. Chodziło o to, żeby w odpowiednim momencie spowodować masowe protes­ty, uniemożli­wiające faktyczną budo­wę oczyszczalni i zakładu prze­róbki śmieci. Przed­wczesna akcja uniemożliwiłaby bowiem wykorzy­stanie kredytów przez spółki projektowe, a spóźniona – mogłaby ujawnić rzeczy­wistą wartość wykonywanych prac.

Niestety, wszystkie istniejące partie od razu przeliczyły, że w naj­lepszym przypadku – mieszkańcy będą musieli przez dwadzieścia pięć lat płacić co roku po kilkadziesiąt milionów talarów rocznie, a w najgorszym – cały budżet miasta może być pochłonięty przez kary umowne. Opozycja przystąpiła więc do zmasowanego ataku, ale wobec jej mizernych finan­sów i słabego dostę­pu do gazet, radia i telewizji – zwykli ludzie niewiele o tym mogli się dowiedzieć. Media, opanowane przez Szefową i Sprytnego, przedstawiały oponen­tów jako nieodpo­wie­dzial­nych warcho­łów rodem z Ciemnogrodu, przeciw­stawia­ją­cych własną niekom­petencję jedy­nie słusznym europejskim rozwiąza­niom.

Po kontrataku, przeprowadzonym przez KLOPSA, KLIPSA i pozo­stałe środki przekazu mu­sia­ło dojść do zamieszek, czy demonstracji, tym bardziej, że hałdy śmieci – na kształt lodowca – zbliżały się właśnie do centrum miasta i każde opóźnienie walki z żywiołem przyjmowane było przez obywateli jako bezczel­ne szkodnictwo. Pewności jednak nie mamy, gdyż dalszy ciąg materia­łów źród­ło­wych, na których opiera się nasza kronika, uległ po części spaleniu, po części zalaniu przez strażaków, a resztę zjadły szczury.

Na podstawie wykopalisk możemy jedynie w sposób hipotetyczny odtworzyć dalszy bieg wydarzeń. Pierwszy wariant zakłada, że jednak udało się doprowadzić do budowy nowego wysypiska śmieci z zakładem przeróbczym, gdyż skład chemiczny jednej z hałd zdecydowanie odbiega od średniej z całego stanowiska. Badacze nie mogą jednak wyjaśnić, dlaczego naj­wyż­sze hałdy powstały na wielopiętrowych budynkach mieszkalnych z płaskim dachem. Być może ceny za wywóz i składowanie śmieci na wysypisku „Waterloo” były tak wysokie, że wobec zakazu wywozu i braku innych możliwości – ludzie budowali składowiska na własnych dachach. I dopiero w kilka lat później, po przejściu słynnego huraganu „Arystos”, część śmieci spadła z góry i zasypała wąwozy między domami, eliminując z miasta wszelkie życie.

Drugi wariant zakłada, że wzniesienia nad płaskimi dachami wynikają jedynie z tego, że mię­dzy domami śmieci lepiej się uklepały, natomiast proces nasypywania był dość rów­nomier­ny, na co wskazy­wałaby analiza warstwic z poszczególnych lat i dziesięcioleci. W tym wariancie przyjmuje się, że żadnej oczyszczalni ani składowiska nie uruchomiono, natomiast kary za niewykonanie umów do tego stopnia wyczerpały finanse miasta, że obywateli stać już było jedynie na sypanie śmieci pod siebie. Reszty dopełniły liczne pożary gigantycznego śmiet­niska, w jakie zamieniło się całe miasto, epidemie i inwazja szczurów.

Ale badania trwają i niewykluczone, że wkrótce dowiemy się czegoś więcej o losach na­sze­go miasta i jego prominentnych mieszkańców z końca XX wieku, bo wygląda na to, że rolę loko­mo­tywy historii znów przejęło centrum, by po chwili oddać inicjatywę peryferiom, gdzie z wolna narastały nieznane wcześniejszym epokom przemiany.

 

OAZA SUKCESU

Różne dzielnice w różnych czasach wybijały się na pierwszy plan w kreo­waniu obrazu miasta. W starożytności były to Święte Wzgórza. W średniowieczu – cała, okolona mu­rami i basz­tami starówka, a w wieku pary i elektryczności – dzielnice przemysłowe. O tym, jaki wpływ na historię nowo­żyt­ną miało mieszkaniowe Osiedle Kopernika, już pisaliśmy na wcześ­niejszych zwojach naszej kroniki. Teraz napiszemy o ulicy Sukcesu i o roli dzielnic pery­feryj­nych, bo od tamtej strony rozpoczął się triumfalny pochód supermarke­tów, które tak odmieniły los miasta w początkach wieku XXI.

A zaczęło się od dotkliwej klęski, jaką idei supermar­ketalnej zadali pro­testanci z pery­fe­ryjnego Przylesia. Była to klęska, dodajmy, niespodziewana. Ot, pojawiła się firma „DP&S”, która wykupiła przy drodze parę hektarów od okolicznych chłopów i postanowiła pobudować w tym miejscu pierwszy w naszym mieście supermarket. Mieszkańcom od razu pomysł się podobał. Mogliby pod jednym dachem zrobić tanie zakupy na cały tydzień, podjechać samo­chodem pod sam sklep i rozładować auto pod domem. Atmosfera była przyjazna.

Szybko jednak kupcy z ulicy Sukcesu zwietrzyli zagrożenie. Ceny w sieci „DP&S” są wszak o 50% niższe niż w ich własnych sklepach. Któż przyjdzie kupować na ulicę Sukcesu, gdzie nawet nie ma jak zaparkować? Zaprotesto­wali również sąsiedzi z Przylesia, którzy nie chcieli zrezygnować ze spokoju w otoczeniu. Supermarket oznaczał dla nich tylko kłopot, zwiększe­nie ruchu samochodowego, może nawet wzrost przestępczości i kto wie, ile różnych innych plag. Na czele protestów stanął radny Wiewiórka, który cieszył się pełnym poparciem szefa korpo­racji kupieckiej i dysponował listą poparcia protestu, zawierającą podpisy dziesięciu tysięcy obywateli naszego miasta, miast sąsiednich i bardziej oddalonych. Podpisy pod długim i za­wi­łym tekstem protestu zbierano wszędzie, zwłaszcza w sklepach przy ulicy Sukcesu. Jak się póź­niej okazało – ludzie nie bardzo wiedzieli, pod czym się podpisują; niektó­rzy myśleli, że w ten sposób wymuszają na władzach miasta przyspieszenie budowy upragnionego super­marketu lub że w ogóle zmienią te władze na jakieś lepsze. Nie miało to jednak znaczenia. Podpis był podpis.

Zaczęły się różne podchody. Najniewinniejszym uderzeniem było spol­szcze­nie obcojęzycz­nej nazwy „DP&S” na „Dużo Płać i Spadaj”. Wkrótce jednak radny Wiewiórka, albo zaprzy­jaź­niony na tę okoliczność szef korpo­rantów, wpadł na pomysł obstrukcji sądowej. Protestowali, a chwilę później składali skargi i zażalenia na każdy dokument, zwiazany z lokalizacją inwe­sty­cji. Co przegrali w jednej instancji, zaraz odwoływali się do drugiej. Gdy i tam przegrali w ja­kiejś sprawie – zaraz składali pozew w sprawie następnej, z góry przegranej, ale dającej na jakiś czas wytchnienie. Sądy mozoliły się nad puchnącymi aktami, a radny Wiewiórka dożył sędziwego wieku, nie dopuściwszy do budowy supermarketu pod swoimi oknami. Przekazał też tę spra­wę w testamencie, a spadkobiercy z największą gorliwością kontynuowali protest. I trwało to tak kilka pokoleń, aż w końcu inne okoliczności zajęły naszą uwagę i nie wiemy osta­tecznie, kto wygrał.

Dyrektor „DP&S” oczywiście nie czekał na wyniki kolej­nych rozpraw, tylko kupił nowy grunt, kilometr dalej, ale już za granicami naszego miasta. Tamtejsze władze przyjęły go z otwartymi ramionami, skasowały niezłą gotów­kę przy sprzedaży i jeszcze zapewniły sobie sporo miejsc pracy tudzież wielo­letnie wpływy z podatków.

Inne sieci supermarketalne patrzyły z zainteresowaniem na walkę rad­nego Wiewiórki przeciwko „Dużo Płać i Spadaj”. Przygotowywały się do zma­sowanego ataku. Uśpiły kupców z ulicy Sukcesu, zatrudniły najlepszych praw­ników i po­wykupy­wały grunty w różnych peryfe­ryjnych dzielnicach na podsta­wio­ne osoby prywatne. I trwało jakieś takie zimne oczekiwanie. Supermarket „DP&S”, choć położony poza miastem, zepsuł jednak koniunkturę na ulicy Sukcesu. Ostatni kupcy gorączkowo kończyli swoje podmiejskie wille, a pierwsi już zaczęli nie w każde wakacje jeździć na safari. Zyski dramatycznie spadały. Ten i ów wstyd­li­wie zwijał interes, ale na jego miejsce natychmiast wstępował ktoś inny, kto wciąż łudził się nadzieją, że to tylko przejściowa dekoniunktura, a nie ostateczny kryzys, który zabije ulicę Sukcesu.

Kupcy wiedzieli, że w jedności siła, gromadzili się więc często, debatowali, wypisywali róż­ne memoriały, ale nawet nie pomyśleli o łączeniu sporych jeszcze kapitałów w celu rynko­wego odparcia domniemanego ataku supermarketów. Przeciwnie. Oni już mieli dość handlu detalicz­nego. Teraz, wzorem światowych metropolii, na głównej ulicy należało handlować nie wa­rzy­wami, ale warzywniakami; nie książkami, ale księgarniami i nie lekarstwami, lecz aptekami. Zaczynało się bowiem z wolna przebranżowienie i w dawnych masarniach otwierano banki, w piekarniach – jubilernie, a w papierniach – szulernie. Towarem stały się sklepy. Spożywkę zastąpiła rozrywka i nikt nie wątpił, że ceny nieruchomości będą dalej rosnąć. Kupcy posta­nowili więc najpierw wynajmowane lokale powykupywać od miasta, a następnie sprzedać się jak najpóźniej, czyli najdrożej. Nadal też próbowali wymyślać różne admini­stra­cyj­ne szykany, które by mogły uniemożliwić rozwój wrażych sieci. Ale była to już walka z wia­tra­kami, które wszak musiały kręcić się tak, jak im nakazywał wiatr historii, logika i pra­gmatyka handlowa.

Liga marketowa do pierwszej linii – niejako na przeszpiegi, do zbadania sytuacji bojem – wysłała niewielki supermarket „Teraz”, operujący w branży spożywczej, stosunkowo dobrze tolerowanej przez korporację kupców, którzy chwilowo skupili się raczej na asortymencie butikowym i przemysłowym. Poszło gładko. Kupcy od spożywki poprotestowali trochę, ale nie znaleźli wsparcia w sąsiadach super­marketu. „Teraz” usytuował się bowiem w dzielnicy nowoprzemy­słowej, gdzie przyjęto go raczej z satysfakcją niż niechęcią. „Wygodnie będzie skoczyć po pracy na zakupy” – mówiono i nie zwracano uwagi na ruch samochodowy, który i tak był w tej dzielnicy wielce nasilony.

Powodzenie „Terazu” zachęciło inne sieci supermarke­towe do przyspie­szonego projekto­wania swoich obiektów na działkach oddalonych od centrum i – co ważniejsze – od sąsiadów. Zrównywano z ziemią hałdy pohutnicze, zasypywano zapadliska pokopalniane, betonowano grunty popegeerowskie i stawiano pawi­lony. Peryferyjne dzielnice, które do niedawna zdawały się zamierać w zapo­mnieniu od kupców i klientów, nagle wyłaniały się z ota­czającej zieleni perfekcyjnie kopiowanymi zarysami budowli o oryginalnej, nostalgicznej architekturze, przypo­minającej wspaniałą przeszłość wychodzących w owym czasie z użycia pudełek od zapałek. Supermarkety atakowały z zachodu i północy, wkrótce jednak opanowały również dzielnice południowe, gdzie pojawiły się jeszcze większe hiper­markety i gigantyczne hurtownie, zaopa­tru­jące wszystkich we wszystko. Jedynie na wschodnich połaciach potędze marketów dłużej opierały się parki i lasy, które znalazły swych tymczasowych obrońców w lidze ekologicznej.

Pierścień supermarketów wciąż zaciskał się wokół miasta. Dyrektorzy wykupywali grunty, nawet zabudowane, położone coraz bliżej centrum. Niezwykłą koniunkturę przeżywały podów­czas liczne agencje nieruchomości, które za całkiem niezłą cenę wykupywały od dotychczaso­wych właścicieli każdy skraweczek ziemi. Później to scalały i z trzykrotnym przebiciem sprze­dawały bezrobotnym, podstawionym przez dyrektoriat supermar­ketów nie domyślając się na­wet, że prawdziwe zyski z tych operacji grzęzły w dy­rektoriacie. Bo właśnie dyrektorzy kupo­wa­li te grunty dla sieci supermarketów, płacąc żądane kwoty pieniędzmi swoich właści­cieli, a następnie oddawali im teren za stawki znane z Manhattanu.

Istota rzeczy tkwiła więc nie w taniej sieci sprzedaży, lecz w ekspansji terytorialnej. Su­per­markety szybko podciągały ceny do obowiązujących na lokalnym rynku, a dyrektorzy zajęci byli przede wszystkim zdobywaniem nowych terenów, bo na tym właśnie, a nie na handlu, robili prawdziwe swoje interesy. Zagrożenie było poważne, ale dla korporacji kupców z ulicy Sukcesu, którzy w końcu przejrzeli grę dyrektoriatów, zabłysła iskierka nadziei. Często przy­chodzili do kościoła Wszystkich Aniołów. Nie na modlitwę, lecz tylko po to, by wspiąć się na wieżę i ocenić, ile to kolejnych hektarów pochłonęły dachy supermarketów i jak jeszcze im daleko do centrum miasta.

Nowe blaszane dachy, niczym lasy Elsinoru, przybliżały się z miesiąca na miesiąc i coraz szczelniej obejmowały oblężone śródmieście. Już nawet zadaszono długie odcinki ulic, tak że z wieży kościoła Wszystkich Aniołów widać było tylko jeden wielki dach, sięgający aż do widnokręgu. Gdy jednak supermarkety wbiły się licznymi klinami w gęstą zabudowę miesz­kal­ną, zwolniły nieco ekspansję, gdyż ludzie nie nadążali z opuszczaniem domów, które następnie trzeba było wyburzyć. Przybyło więc roboty, a powierzchni do zdobycia ubywało. Ceny nieruchomości rosły więc niebotycznie i niejeden dyrektor zastanowił się, czy jeszcze mu się opłaca. Poza tym – ten czy ów może pomyślał – „jak wszystkich wysiedlimy z miasta, to kto będzie u nas kupował?”. Jednakże szybko porzucali tę niepotrzebną myśl, gdyż ich rzeczy­wiste interesy, jak wiemy, nie lokowały się w sprzedaży detalicznej ani nawet hurtowej.

Niepohamowana ekspansja supermarketów zaniepokoiła w końcu szersze rzesze ludności, nie wyłączając niektórych radnych, którzy postanowili przyjść z odsieczą oblężonej gildii kupieckiej. Powołano fundację, której za główny cel wyzna­czono rewitalizację starówki, a zwłaszcza przekształ­cenie hałaśliwej ulicy Sukcesu w oazę zieleni, handlu, usług, kultury i rozrywki.

Rozpoczęły się więc wielkie roboty ziemne i wzdłuż całej ulicy Sukcesu wymieniono wszyst­kie rury, kable i instalacje. Pod ruchliwą ulicą poprzeczną przekopano tunel dla pieszych, położono nową, bezasfaltową nawierzchnię, zlikwidowano tory tramwajowe i szpetną paję­czynę przewodów elektrycznych. Tranzyt osobowy przeniesiono na sąsiednie ulice, a towa­rowy na obwodnice, zainstalowano nowe, piękne oświetlenie, ze sklepów wypączko­wały ogródki kawiarniane, a jezdnia zamieniła się w meandrującą rzekę pieszych i meleksów, które – omi­ja­jąc ogródki, fontanny, malarzy i koncertują­cych muzyków – zbliżały się raz do prawej, raz do lewej pierzei ulicy Sukcesu od dworca aż do Rynku. W pobliżu zorganizo­wano sieć par­kingów, a transport meleksowy dowoził klientów i wózki z zakupami do aut na parkingu, albo nawet wprost do domu.

Zobaczywszy to, dyrektorzy hipermarketów upadli na duchu i uciekli gdzie pieprz rośnie, a Oaza Sukcesu żyła długo i szczęśliwie, przynosząc radość i dumę wszystkim mieszkańcom naszego miasta. Ale na tym nie koniec naszej kroniki. Ciąg dalszy nastąpił, bo tymczasem w od­le­głej dzielnicy…

*