(Miejski Serwis Informacyjny nr 4, 25 stycznia 2008)

 

  Gliwickie dane demograficzne, podliczone 1 stycznia 2008 przez na­czelnika Wydziału Spraw Oby­watel­skich, Janusza Góreckiego, potwier­dzają żywotność „gliwickiej fali”, o któ­­rej pisaliśmy w zeszłym roku. Niestety – znów nas mniej. Rok temu Gliwice miały 189.811 stałych mieszkańców, a obecnie (1 stycznia 2008) jest nas zaledwie 186.809! Żyjemy coraz dłużej, dzieci rodzi się coraz wię­cej, dlaczego więc chudną kartoteki naczelni­ka Góreckiego? Po raz pierw­szy po wojnie ubyło nas w ciągu roku aż trzy tysiące i dwoje (3002)! Na ślad straszliwej afery kartotekowej natrafił nasz czytel­nik, który – z właściwą sobie surowością – podaje wyniki śledztwa do czytania na głos.

 

Afera kartotekowa, czyli

O GÓRECK’im poemat

 

Stoi naczelnik nad kartoteką,

I na przynętę rozlewa mleko –

Szeroką rzeką…

Stoi i łapie myszy i krety.

Dał myszom czapki, kretom berety,

Rozłożył księgi na tęgim stole,

Do boju rzucił książkowe mole,

Każdemu pałę piłę, gwóźdź i sekator.

Kazał się wszystkim wgryźć w segregator.

„I ma być cisza, by nikt nie słyszał,

Że tu imiona żre mól i mysza”.

Akta i akty, księgi, zeszyty,

Spisy, węzełki, taśmy i płyty –

Już ułożone w ścisłym porządku,

Alfabetycznie: „A” na początku.

Na pierwszy ogień – Abel i Adaś,

Agata, Aga, co dużo gada,

W drugim zeszycie rządek Barbórek,

A każda karta związana sznurem.

Do trzeciej księgi wpisano Czarków,

Do czwartej Darków, do siódmej Marków.

Wszystkich się wytnie, wyrżnie, wykosi,

Zakompostuje, rzuci na stosik.

Żaden nie bzyknie, nikt nie zakwili,

Wszystkich się skreśli w tej samej chwili.

Już w ósmej księdze płaczą Oleńki,

Z dziewiątej słychać okrutne jęki,

A tych kartotek jest ze czterdzieści…

Sam nie wiem, co się w nich jeszcze mieści.

Jedno jest pewne – myszy i krety

Zeżrą imiona wszystkich! Niestety,

Nad zbrodnią czuwa naczelnik krwawy

I kompresuje spisy z obawy,

Że mu nie zmieszczą się w komputerze.

Niektóre księgi po prostu pierze,

Inne w kotłowni pali cichaczem,

Wkłada na szuflę, pcha pogrzebaczem…

Nad ostatnimi raczej zapłacze,

Bo choćby przyszło stu urzędników,

A każdy zjadłby sto naleśników

I walił głową przez sto lat w mur,

To nie wybije z wszystkich łbów bzdur.

Sam pan prezydent uprzejmie prosi,

„Panie Januszu, nie rusz Pan Zosi!

Na jutro zostaw sobie Pan cosik.

Może Zygmuntów, Zyty, Zbysławy…

Daruj im życie, bądź tak łaskawy”.

Lecz na nic prośby, na nic błagania,

Naczelnik myszy, krety pogania:

„Macie wygryzać co miesiąc trzysta,

Bo musi schudnąć gliwicka lista.

Za dużo ludzi, za dużo domów,

Szkół, lazaretów i składnic złomu”.

Już wybebeszył cały komputer

I wdał się z sobą w krótką dysputę:

„Co ja tu wcisnę? O! „Kartoteka” –

Różewicz przebacz – nie mogę czekać!

Zeszyt, ołówek, gumka, bilecik…

Może pogrzebacz, ale niestety

Więcej nie wlezie. Coś wyjąć trzeba.

Wyjmiemy bilet, gumkę, pogrzebacz…

I co zmieścimy? Znów brak przestrzeni.

Więc „Kartotekę” na cieńszą zmienim,

Same okładki ułożym równo

I starczy miejsca na płytę główną!”.

Cień padł na miasto, radni struchleli,

Ani po mieczu, ni po kądzieli

Nie poznasz przodków, bo ich imiona

Wyżarły mole. Sprawa skończona.

Przewodniczący już na kolankach:

„Drogi Januszku, daj se Pan sianka.

Jak ludzie mają przeżyć bez imion?

O straszne gwałty dziś Pana winią”.

Nic nie pomaga, pusto na Rynku,

Gołe nazwiska w ścisłym ordynku

Prosto z Urzędu, jezdnią Zwycięstwa

Płyną na dworzec. Szczyt bezeceństwa!

Tam już naczelnik, grzmiąc niesłychanie,

Na piąty peron kieruje panie.

Choć bezimienne, zdradzą je biusty chusty;

Nazwiska męskie – na peron szósty.

Każde osobno, w tym całe dzieło,

By się przypadkiem coś nie poczęło.

Nagle – gwizd!

Nagle – świst!

Para – buch!

Koła – w ruch!

I pojechali. Już ich nie będzie…

Naczelnik siędzie na swym urzędzie

Zatryumfuje…? Niedoczekanie!!!

Na siódmy peron wjeżdżają sanie…

Na saniach pełne prezentów worki:

Dorotki, Woytki, Irki, Amorki,

Gargamelowie, Izaury, Blanki,

Hermenegildki, Jędrki, Florianki,

Emilki, Marty, Maćki, Halinki,

Ferdki, Waldusie, Smurfy, Muminki

I tysiąc imion zupełnie nowych,

Uodpornionych, antymyszowych.

Przecież na wiosnę zdarzy się cud

I już za roczek będzie nas w bród!

Andrzej:-) Jarczewski